Król jest nagi -

- stwierdzenie oczywistości, której inni nie chcą lub boją się zauważyć, kiedy wygodniej im jest udawać, że wszystko jest w porządku. (Wikisłownik)


Cześć.
Tu wiadomość z zesłania.

Byłam sobie ostatnio na występie Chateletów i KSMów. Tych pierwszych nigdy wcześniej nie widziałam na żywo, drugich mi się zdarzyło i to było dobre zdarzenie. Rękoma i nogoma oplatam fakt, że występy lajf są sto milionów razy fajniejsze, niż te nielajf. Nawet, gdy skecz nie jest najwyższych lotów albo już się po prostu przejadł, to i tak daje radość. Bo zawsze wystąpi jakiś ciekawy i niepowtarzalny element. Tym razem rozbawiła mnie na przykład sytuacja, która miała miejsce podczas skeczu taksówkowego Formacji.

Otóż w połowie scenki, gdy panowie siedzieli wygodnie w taksówce, beret Adama radośnie zeskoczył z jego głowy i zatrzymał się przed autem. Wówczas jakieś randomowe dziecko z pierwszego rzędu zreflektowało się i wrzasnęło: "ALE TU NIE MA SZYBY!" Tak, to był szok dla wszystkich. Sytuacja była poważna - król był nagi. To błyskawiczne skojarzenie z baśnią Andersena tylko dodatkowo połechtało mój obszar gelotologiczny. Adam grzecznie podziękował dziecku za uświadomienie owego braku i próbował (lekko nieudolnie) utaić parsknięcia i wrócić do wątku. Po pewnym czasie wydarzenie to wyparte zostało ze zbiorowej świadomości, lecz ja nie zapomniałam. Nigdy już nie spojrzę na ten skecz tak samo.



Podsumowując, Chateleci wypadli bardzo dobrze. Podobnie jak chłopcy z KSMu. Same klasyki, poza świeższymi skeczami o kieszonkowcach i kolędzie. Ach, no i przecie było premierowo o narodowym spisie powszechnym, co samo w sobie pomysłem jest wspaniałym, ale wykon i kreacja strasznie sztampowa, po prostu dokleili sobie łatki postaci.




Pomijając występy, o których nic ciekawszego chyba napisać nie mogę, dodam, że sympatycznie było również po. Adam obiecał, że nie ruszą się nigdzie, zanim nie zrobimy sobie zdjęcia i obietnicy dotrzymał. Proces autografowania dobiegł końca, na bis Michał zarządził zdjęcie grupowe ("To jego pragnienie sławy ciągle rośnie" - A. M.) i ruszyłyśmy z Magdą do KSMów. Drugi tego wieczoru proces autografowania przebiegał spokojnie, dopóki nie wpadły Adamy ze skargą, jakoby ich koledzy po fachu kradli im fanów. Po krótkiej zwadzie nastąpiło pojednanie i chłopcy wymienili się podpisami na swoich fantastycznych, eskandrowych kartkach.


Cytując J.K. Rowling: "All was well." À propos - jeszcze trzy dni i cały świat usłyszy te słowa, tuż przed ostatecznym końcem historii. Wzruszam się już teraz. A żeby nie zacząć rozwodzić się nad tym wzruszeniem, zacytuję Doctora Who: "Allons-y!" Gdyby ktoś nie skumał, to tu jest wytłumaczenie.

I want to break free!

Kolejna Płocka.
Pomimo, że nie nastawiałam się na oszałamiające szoł, jestem trochę podekscytowana. Dawno nie doświadczyłam porządnej dawki kabaretu. Matura, nowe pasje i tak zwane socjal lajf skutecznie zajmowały czas. Także postanowiłam skorzystać z wolnego wieczoru, usadowiłam się wygodnie i oglądam. Dokumentacja może być z lekka lakoniczna i mało egzaltowana.

Zobaczyłam PNN i właśnie wyłączyłam telewizor. Koniec.




No dobra, żartowałam. Jacek Ziobro był wporzo. Zwłaszcza, że ostatnio New York to moja mała obsesja. Neonsi - wporzo. Wyrwigrosze wporzo. KSM - wow, Śruba, a to się nie spodziewałam... Nowaki - ledwo ich zauważyłam. Telewizyjny debiut FOCHa, nic oryginalnego. Piasecki bez zmian, dobrze posłuchać. Jezuu, Igor i to coś na zębach to rasowy cockblock. Wiwat Żarówki, wiwat Radek. Aww, Stypa zawsze aktualna. Ale i tak przydałoby się coś odmiennego. W przerwie oglądałam powtórkę Spadkobierców i w końcu mogłam się pośmiać na tej Płockiej. Po przerwie. Jurki - jakie to wszystko fascynujące, tyle nowości dziś... Teraz mam egzaltację, bo widzę Łowców, do których sentyment wciąż żywy. Mimo, że jakość spadła jak moja średnia w drugiej liceum, to i tak cieszę się, bo to po prostu ONI - może na tym polega bycie fanem. "Wariacie ty!" mnie rozczuliło. Zakończenie w skali od jednego do dziesięciu - jeden.
Ogólnie to scenografia fajna.
Niesamowite, jak okrutnie przewidywalne są niektóre skecze. Taka refleksja.
Wybitnie mi się nie chce. To chyba wpływ Płocka.

"Miałeś być do dwudziesteeej..."

Jestem osobą, która łakomie rzuca się na nowe doznania. Szybko się zakorzeniam w jakiejś kwestii i czuję się tam jak w domu. Sęk w tym, że wciąż poszukuję i moja całkowita uwaga jest jak pszczółka na łące. Ale co zapyli, to kiełkuje. Teraz znalazłam sobie nowego kwiatka, nieprzyzwoicie bogatego w zabawność wszelaką, więc brodzenie w jego nektarze pochłonęło mnie bez granic. Za pomocą tej przewrotnej metafory wyjaśniam, dlaczego blog przykimał.
Poza tym gryzie mnie zawsze okres świąteczny, który przeciąga się w nieskończoność. Wszędzie jest wtedy zastój, artyści siedzą w domach i zabijają karpie albo płodzą potomków, a emisja ulubionego serialu nagle zostaje wstrzymana na kilkanaście tygodni. Swoją drogą jak już pojawia się w telewizji coś związanego z kabaretem, co, uwaga, NIE JEST powtórką, to dzieje się to akurat wtedy, gdy jestem w Poznaniu (czyt. miejscu bez telewizji).

Kabarety to świetny rodzaj pasji. Naprawdę fantastyczny! Gdy człowiek nie wie, czy wciągnąć się w muzykę, film teatr czy może serial - kabarety nie pozwolą mu trwać w egzystencjalnej nicości. Oferują wszystkie te dziedziny połączone ze sobą w wielkim garnku i w dodatku dobrze przyprawione różnymi dodatkowymi składnikami. Kabarety mają też wartości edukacyjne - darmowe powtórki z historii przed maturą, kontakt z obcymi językami, ciągłe podróże po polskich miastach... Nie mówiąc już o kształtowaniu własnej osoby w kontaktach z nowymi ludźmi, idolami i przechodniami (w końcu jakoś na występ trzeba trafić). Kabaret w swoim światku wyewoluował bardzo zgrabnie i szeroko. Tak to widzę, radośnie.



Kilka dni temu, ku mojej wielkiej uciesze, na stryju Jutubie pojawił się filmik Łowców. Nie jest może oscarowy, ale strasznie fajnie było zobaczyć coś nowego, a jednocześnie starego. W końcu nakręcili go już dość dawno. Ten typowo łowiecki humor i kilka scen - dla mnie bezcenne. Ogólnie poczułam się podniesiona na duchu.
Tęsknię też za Limo. Wiem, że są teraz szalenie zajęci innymi sprawami, ale nie pogardziłabym jakimiś występem w moim województwie, albo chociaż w sąsiednim. Życie bez występów naprawdę saks. To tak jak z dobrymi imprezami - człowiek pójdzie, nasączy się, żyje jakiś czas pod wpływem wydarzenia... A później zaczyna go ciągnąć, coraz silniej i silniej; brakuje tego klimatu, radości, atmosfery. Oglądanie skeczy na dvd jest wtedy jak picie do lustra. Dlatego w środę wykorzystałam jedyną słuszną okazję i rozpaczliwie walcząc z punktem Ś z syndromu BŚCiN zawiozłam się pociągiem do Poznania na stand-up. Ale o tym będzie osobna notka. Pewnie w przyszłym tygodniu, bo od jutra zaczynam świętować trwające trzy dni urodziny, a po tym czeka mnie pogodne pożegnanie ferii zimowych i powitanie hasła "nic nie umiem na maturę!".
I jeszcze najogólniej z niecierpliwością czekam na "Swing" i na COŚ, cokolwiek, co nie będzie staniem w miejscu. A może jestem przewrażliwiona i nikt tego nie odczuwa, poza mną. Ciężko powiedzieć.

Nie wiem dlaczego ciągle mam wrażenie, że dziś jest Dzień Matki.

"Wprzódy zmarnieć, potem żyć."

Zalewa mnie ostatnio gwałtowna fala sympatii do Roberta Górskiego. Ten to jednak, kurczę, ma łeb. Tak sobie powolutku wstępuje na wyżyny w moich niepisanych rankingach. Nietrudno się domyślić, że poza Spadkobiercami i KKD spory wpływ na to miała Kabaretowa Noc Listopadowa. Cóż to za sprzyjający czas, akurat teraz, gdy trwam w uwielbieniu dla aury "Wesela". Strasznie mnie zaskoczyło to, że wszystko odbyło się tak, uua, dobrze. Świetny scenariusz, wszystko było połączone z wyczuciem - motywy narodowe, weselne, polskokrytyczne i artystyczne. Nie widziałam jeszcze mojej Matki takiej wciągniętej i śmiejącej się w głos z tych samych kabaretów, z których śmieję się w głos ja. No, nie licząc Teya i Dudka. Żałuję, że zrezygnowałam z planów wyjazdu go Gdyni. Być może za rok uda mi się nie popełnić tego błędu.

Krótki przegląd bez specjalnej analizy:
Limiaki coś zaczynają ostatnio, że tak się wczuję w klimat, ostro napierdalać. Już nawet nie chcę pisać o Krypcie Wawelskiej i o Ryjku... Choć to poniekąd nieuniknione, bo przecież pokazali dwa ryjkowe numery. Oba mi się podobały, chociaż bez szału. W skeczu o żebrolach jakoś nieprzyjemnie zajechało, ale z drugiej strony technicznie podobał mi się niesamowicie. Hrabi jak zwykle na wysokim poziomie. Taka myśl śmignęła mi po zwojach: dalej chyba już nie pójdą. Ale to nic. I tak zaszli o lata świetlne dalej, niż niektórzy. W sumie prawie to samo mogę napisać o Moralnych. A Chopin narzekający na swój nos... Łojej, czułam się wgnieciona w fotel z radości. Nie lubię, gdy Góral, ekhm, śpiewa. Męczy mnie to zazwyczaj. Więc szczególne ciary mnie przeszły, a z gardła wydobyło się spłaszczone "ONIE!", gdy usłyszałam melodię jednej z ukochanych piosenek Grechuty. "Nie spieprzcie tego", poradziłam życzliwie Górskiemu i Pakosie. I co? Posłuchali. Mimo maleńkich pomyłek w tekście (nie czepiam się, to trudny fragment) było ok. Cześki też spoko, nawet mocno spoko. Oni serio się wyrabiają. Tylko przy Jurkach siedziałam zimna jak głaz i kąciki ust ledwo mi drgnęły. Szafran i Kasprzykowski wypadli poprawnie. No i przeca śpiewający Jabbar... *_*



Zauważam taką dziwną tendencję. Przeważnie kiedy naprawdę uwielbiam jakiegoś artystę, to nawet jeśli się nie popisze, i tak jego sztuka mi się podoba. Przez pierwszych kilka razów. Ale stopniowo, gdy z jego twórczością dzieje się coraz gorzej, na początku robię dobrą minę do złej gry i szukam usprawiedliwień. A później to już jest mieszanka niechęci, rozgoryczenia i nutki nadziei. W ocenie robię się wręcz agresywna. Dlaczego? Bo wtedy ja, w przeciwieństwie do przeciętnego (czyli nie będącego szczerym fanem) widza wiem, na co owego artystę stać. I odczuwam niedobre, bezsilne emocje, bo przecież nie daje z siebie tego, co mógłby dać! I choć przykro, to ciągle resztką sił śledzę jego poczynania, bo ciągle wierzę w powrót. Niekiedy nawet się doczekam. Ale wolałabym, żeby nie zachodziła konieczność takiego oczekiwania. I póki co napisałam to ogólnikowo, bez wytykania. Póki co.


Pewnie zanim wezmę się w karby i napiszę następną notkę minie trochę czasu, więc wtrącę od razu. W ostatnim odcinku ZMŚ bardzo podobali mi się Kacper i, uwaga, Michał Kempa. Ten pierwszy, bo w mojej skromnej opinii to jest po prostu dobry stendaper. Ten drugi, bo... chyba trafia do mnie temperament gryzonia na dopalaczach, nie wiem. Zobaczymy dziś.

Limo w Koszalinie: namioty, proso i cała prawda o akademikach.

Zazwyczaj wypad na kabaret planuję szczegółowo, czasem tygodniami. Nigdy nie jest mi łatwo się wybrać, gdyż za każdym niemal razem aktywuje się jakaś część syndromu BŚCiN (Brak Środków, Czasu i Noclegu). W ten poniedziałek, czyli 18 października, okazało się, że można też inaczej.
Naturalnie wiedziałam, że Limo będą grali na imprezie studenckiej w Koszalinie, lecz nie liczyłam specjalnie na możliwość znalezienia się tam. A jednak... Spontanicznie, wyłącznie dzięki dobrej woli przyjaciółki - studentki, między poniedziałkowymi a wtorkowymi lekcjami udało mi się na chwilę przenieść do lepszego świata.


Pominę jakże uroczą jazdę rozklekotanym gratem, poruszającym się pod pseudonimem "autobusu" i umieszczę się od razu w Kreślarni. A może raczej przed Kreślarnią. Otóż to tam, wraz ze świeżo poznanym kolegą, zjawiliśmy się grubo przed czasem. Siedząc na murku przed wejściem obserwowaliśmy, jak cała ekipa wypakowuje się z limobusa. Wśród tobołków przewijały się takie gadżety jak packa na muchy i odblaskowa kamizelka. Westchnęłam w duchu, bo liczyłam na Migdała... Ale jechałam do Koszalina już świadoma, że ta zachcianka się nie spełni, gdyż Abelard uświadomił mnie dosłownie moment przed moim wywleczeniem się na dworzec PKS. Bo tak po prawdzie wolałabym obejrzeć skecze, których jeszcze nie znam na pamięć. Ale z drugiej strony - planowali swoistą programową mieszankę. No i wiadomo, że musiało wydarzyć się coś, dzięki czemu dobrze znane numery zaskoczą. To wisiało w powietrzu po prostu. O wyjątkowości wydarzenia mógł świadczyć choćby fakt, że tym razem szatnia w Kresce była wyjątkowo niepłatna.

Sam występ bawił już zanim się zaczął, a to za sprawą Wojta obrazującego oświetleniowcom, co jest nie tak z lampą ("Lampa. LAMPA. L-A-M-P-A!"). Później nastąpiło tradycyjne Leszkowe rozpoczęcie i wybranie spośród publiczności ofiary. Tym razem był to niejaki Jasiu. Podobał mi się dialog:
Abelard: To kto jest szefem u was na dzielni?
Ktoś: Pan za barem!
Za jakiś czas do Leszka wyszedł Polityk i dyskutowali w znanym stylu. Dalej: Trynowe kazanie (wielki plus za ustawienie genialnego, kościelnego pogłosu!), niezmieniony Bilet, wejście Marioli, impro (Bob i Ewa, formuła "Yyy..."*), skecz znany na yt jako "Dresiarze i TV", Pajac, KONFUCJUSZ! :D, Hitler (tu też plus, bo nieźle rozbudowany), fantastyczne impro (Szymon i Wojtek, "Zmiana"). I tu muszę zatrzymać się na chwilkę. Podczas tłumaczenia zasad tej formuły, w głowie Tryna zaistniał pomysł uzupełniania słów współprowadzącego wymyślaną na bieżąco choreografią. Gdy role się zmieniły, tańczyć zaczął Szymon. Wił się przy towarzyszu tak namiętnie, że ten zapytał:
W.: Czekaj Szymon, nie chcesz zaczekać do skeczu, w którym to...
Sz.: A, no tak.
Rzeczywiście, zaczekał. Nadszedł czas na włamywaczy i dziewczynkę z Ringu. Po wejściu na scenę w swoich różowych ciuszkach, Szymon powrócił do swoich wcześniejszych pląsów. Skakał, wirował z pasją, wyginał się i uwijał wokół Wojtka, udając kotka, króliczka (i Bóg jeden wie co jeszcze) oraz wykorzystując statyw. Jakimś cudem panowie wydusili z siebie zdania dotyczące najważniejszej zasady obowiązującej podczas włamania, po czym stała się rzecz przebojowa. Nasz sceniczny homoseksualista począł potrząsać biodrami na boki z taką gwałtownością, że Termos nie wytrzymał już dłużej i zgotował się, krzycząc: "Od dziś obowiązuje nowa zasada: zawsze nosisz bieliznę!" Zgadnijcie, jaki punkt stał się momentalnie centrum zainteresowania całej publiczności? Taaak... Śmiech ogarnął salę z taką intensywnością, że aż Ewa i Abelard wyglądali zaintrygowani zza kulis. W ten sposób fragment trwający w telewizyjnej wersji 45 sekund, na żywo przeciągnął się do jakichś 8 minut. Gdy panom udało się już jakoś opanować, dołączyła do nich Ewa. Niestety głupawka wróciła, a Szymon wciąż obrywał tekstami o namiotach. Było to mało profesjonalne, gdyż z tego gotowania Samara nie trafiła w swój Ringowy głos i w ogóle... W celu uspokojenia kolegów i widzów, Szymon pobiegł za kulisy i przyodział długą marynarkę, za którą się chował. Skutek był raczej odwrotny, ale po dłuższym czasie udało się dokończyć skecz. Już nigdy nie spojrzę na ten numer tak samo, jak wcześniej... Sami kabareciarze podchwycili motyw Szymowego namiotu i wykorzystywali go z lubością do końca występu. Czyli przez następne kilka numerów: takie ich love parade (+ dodatkowe zastosowanie pompki), TVP Kulturę, Adama i Ewę, impro (wszyscy, "Podryw"**) oraz na sam koniec wisienka na torcie, czyli stand-up Abelarda. Ten sam, co w "Zabij mnie śmiechem", ale znacznie wydłużony i urozmaicony. Cholernie mi się podobał! A że klamra kompozycyjna w Dzielni jest, w celu zaklamrzenia Blacha wyszedł do upatrzonego na początku kozła z publiczności i wraz z Leszkiem uraczyli nas po raz ostatni tego wieczoru żartami i żarcikami.

Śmiało mogę stwierdzić, że pod względem atmosfery autografowo-zdjęciowej było fajnie. Spreparowałam sobie specjalną tekturkę z logo kabaretu, ot, żeby nie była to zwykła kartka z zeszytu. Jestem estetką i perfekcjonistką, cóż. Opłaciło się, bo od każdego Limowca usłyszałam komplement w tej materii. Do Ewy i Szymona zupełnie nie trzeba było się przepychać, za to Wojtek i Abelard byli bardziej oblegani. Dlaczego? Wyjaśniło się szybko. Grupki dziewcząt przelewały się zwłaszcza wokół tego ostatniego, piszcząc (!): "Iiii, widziałam cię w telewiiizjiii!"Oh my, chociaż raz czułam się normalnie. Ponadto udało mi się zostać wyróżnioną na tle tej masy, więc było nie tylko śmiesznie, ale i miło. I wporzo jest być już kojarzoną.

Aha, no i żart miesiąca. Podczas impro, na pytanie o miejsce akcji: z jednej strony sali pada "burdel" a z drugiej "uczelnia". Pointa jest taka, że z połączenia tych dwóch opcji wychodzi AKADEMIK. Mwahaha.

To by było chyba na tyle w kwestii spisywania wspomnień. Walnęłam parę fot, które bardzo ciężko było wybrać, gdyż średnio jedno na dwadzieścia nie było kosmicznie rozmazane i prześwietlone.



* słowo klucz całego impro, a później i występu - proso.
** oczywiście nie zabrakło podrywu na namiot - Szymon po prostu wyszedł naprzód.

Wojtroll.


Ja przepraszam, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłam się opanować, gdy to zobaczyłam!



Oh well, jak mi się chce na występ...